12 czerwca 2024

GłównaZdrowie i EdukacjaJak zmieniała się nasza wiedza o koronawirusie?
,

Jak zmieniała się nasza wiedza o koronawirusie?

Teoretycznie równo dwa lata minęły wczoraj. Ta data jest jednak umowna. Niewykluczone, że pierwsze przypadki zakażeń były już wcześniej, ale oficjalnie to 17 listopada wykryto prawdopodobnie pierwszy przypadek COVID-19 w Chinach. Wtedy jednak nikt się nie spodziewał tego, co nadeszło kilka tygodni później.

Niektórzy z nas nie mogą uwierzyć, że minęły już dwa lata (dla nas tak naprawdę miną w marcu, kiedy wykryto pierwszy przypadek zakażenia w Polsce) od pierwszych przypadków zakażenia SARS-CoV-2. Pozostałym wydaje się, jakby w pandemicznej rzeczywistości żyli od dawna. Niewątpliwe te dwa lata zmieniły nas, naukę, medycynę oraz niemal każdą dziedzinę naszego życia.

Postaraliśmy się opisać w punktach najważniejsze momenty pandemii oraz pytania, z jakimi mierzyli się uczeni. Co wiedzieliśmy o koronawirusie na początku? A co już wiemy dziś?

1. Kiedy SARS-CoV-2 zaatakował po raz pierwszy?

Pierwsze przypadki dziwnych zakażeń w Chinach opisaliśmy w „Wyborczej” 8 stycznia 2020 r. Już wtedy Chińczycy wiedzieli, że to wcale nie są pierwsze infekcje. Długo obowiązywała oficjalna wersja podana 31 grudnia, że pierwszymi ofiarami było 7 osób chorych na ciężkie zapalenia płuc o nieznanym pochodzeniu. Byli to ludzie związani z chińskim targiem w Wuhan, na którym sprzedawane są owoce morza i żywe zwierzęta. Późniejsze badania cofnęły jednak datę pierwszych przypadków do 17 listopada. Niewykluczone, że w przyszłości cofną ją jeszcze bardziej.

2. Czy Światowa Organizacja Zdrowia wiedziała, co się święci?

Tego oczywiście nie wiemy. WHO na pewno wiedziała wcześniej, niż wystosowała oficjalny komunikat – 9 stycznia. To wtedy WHO ogłosiła, że w chińskim Wuhan występuje tajemnicze zapalenie płuc związane z zakażeniem nieznanym dotąd koronawirusem. Wieści musiały być niepokojące, bo już 12 stycznia Chiny udostępniły reszcie świata sekwencję genetyczną nowego koronawirusa. Dalsze postępowanie zależało od tego, czy nowy patogen wydostanie się z Chin. Poszło mu to sprawnie, bo już dzień później pierwszy przypadek zakażenia nowym koronawirusem wykryto w Tajlandii,  21 stycznia w Stanach Zjednoczonych, a 24 stycznia w Europie – we Francji.

Niektórzy uważali, że WHO zbyt długo zwlekała z decyzją o ogłoszeniu światowej pandemii. Inni twierdzili, że w obliczu nowego wirusa wcześniejsze ogłoszenie niewiele by zmieniło . Faktem pozostaje, że 23 stycznia, po dwóch dniach debat na nadzwyczajnym spotkaniu, rada Światowej Organizacji Zdrowia ogłosiła, że „Wirus Wuhan na razie nie jest zagrożeniem międzynarodowym”. Wtedy, według oficjalnych danych, wirus zaraził 800 osób, zmarło 26. Władze izolowały już co najmniej 7 miast i 22 mln ludzi w środkowych Chinach.

W końcu 30 stycznia Światowa Organizacja Zdrowia uznała chińskiego koronawirusa za zagrożenie o skali międzynarodowej, ale dopiero 11 marca oficjalnie ogłosiła pandemię COVID-19.

3. Kiedy wirus dostał swoją oficjalną nazwę?

Na oficjalną nazwę wirusa, którą dziś znamy już wszyscy – SARS-CoV-2 – trzeba było poczekać. Nazywanie wirusów nie jest takie proste. Początkowo nowy wirus z Chin był potocznie określany wirusem Wuhan (od miasta, w którym zaczęła się epidemia), a przez naukowców tymczasowo określany jako 2019-nCoV, gdzie n oznacza „nowy”, a CoV – „koronawirus”.

11 lutego 2020 r. Międzynarodowy Komitet ds. Taksonomii Wirusów nazwał nowego koronawirusa koronawirusem ciężkiej ostrej niewydolności oddechowej 2 (SARS-CoV-2).  Nazwa pochodzi od genetycznego podobieństwa do koronawirusa, który odpowiadał za wybuch epidemii w 2003 r., jednak są to dwa odmienne wirusy.

Infekcję, jaką powoduje SARS-CoV-2, nazwano zaś COVID-19, czyli ostra choroba zakaźna układu oddechowego wywołana zakażeniem wirusem SARS-CoV-2. 

4. Koronawirus atakuje tylko płuca.

Gdyby to była prawda! Początkowo lekarze koncentrowali się na trzech najważniejszych objawach zakażenia koronawirusem: gorączce, suchym kaszlu i duszności. Z czasem zaczęło się to jednak zmieniać. Do oficjalnej listy objawów WHO dopisywano kolejne pozycje, jak np. ból gardła, bóle mięśni i stawów, zmęczenie czy problemy ze strony przewodu pokarmowego (wymioty, nudności, biegunki). Bardzo szybko lekarze z całego świata u osób ze zdiagnozowanym COVID-19 zaczęli odnotowywać częste przypadki utraty węchu i smaku. Nieco rzadziej, ale takie informacje również były zgłaszane, lekarze mówili o przypadkach zapalenia spojówek u zakażonych.

Dziś naukowcy radzą, by zwracać uwagę także na skórę. Okazuje się , że to właśnie objawy skórne, czasem zwykła pokrzywka czy wysypka, mogą być pierwszym albo nawet jedynym objawem zakażenia. Dzieje się tak szczególnie często w przypadku dzieci i młodzieży.

Koronawirus okazał się znacznie groźniejszy niż sądzono na początku. Dziś wiemy, że może atakować różne narządy ciała (w tym mózg!). 

Powoduje nie tylko kłopoty z oddychaniem, ale nasila również procesy zakrzepowe w ciele, stąd lekarze określają go jako chorobę oddechowo-zakrzepową.

5. Skąd to się wzięło?

Kiedy zdano sobie sprawę z zagrożenia nowym zarazkiem, uczeni od razu rozpoczęli badania nad ustaleniem jego pochodzenia. Szybko przyjęto wersję, że pochodził on od któryś z egzotycznych zwierząt sprzedawanych na tzw. mokrym targu w Wuhan. Analizy doprowadziły uczonych do wniosku, że koronawirus pochodził oryginalnie od nietoperzy, ale „przeszedł” przez ogniwo pośrednie, jakim miał być łuskowiec.

Ponieważ epidemia wybuchła na terenie Chin, naukowcy nie mieli dostępu do tamtejszych danych, zapisków, próbek. Światowa Organizacja Zdrowia miesiącami apelowała do Chińczyków z prośbą o wpuszczenie międzynarodowej grupy badaczy na teren Chin. Tamtejsze władze twierdziły, że niczego nie ukrywają. W końcu Pekin zgodził się na wizytę specjalnej grupy badaczy „Skupionych w Naukowej Grupie Doradczej ds. Źródeł Nowych Patogenów” (Sago) przy Światowej Organizacji Zdrowia. W swoim raporcie potwierdziła ona, że źródłem pochodzenia koronawirusa są nietoperze. Odrzucono też pomysł, który, gdy tylko się pojawił, zyskał swoich zwolenników (w tym prezydenta Trumpa), że SARS-CoV-2 jest wytworem chińskiego laboratorium, z którego „uciekł”.

Ale i wśród naukowców istnieje grupa, która uważa, że są przesłanki, by uznać koronawirusa za wytwór ludzkich rąk.

W międzyczasie Chińczycy lansowali nową teorię pochodzenia koronawirusa: winne miałyby być mrożonki z importu. Teoria nie została jednak w żaden sposób potwierdzona.

Sprawa ucieczki wirusa z laboratorium odżyła, gdy w maju ubiegłego roku nowojorskidziennik „The Wall Street Journal”uzyskał dostęp do niepublikowanego raportu amerykańskiego wywiadu o początkach pandemii koronawirusa. Wynika z niego, że w listopadzie 2019 r., kilka tygodni przed oficjalnymi informacjami z Chin o epidemii, trzech badaczy Instytutu Wirusologii w Wuhanie, stolicy prowincji Hubei, zostało hospitalizowanych z objawami nieznanej choroby. Po tych rewelacjach prezydent Joe Biden zwrócił się do amerykańskich agencji wywiadowczych o „podwojenie wysiłków”, aby ustalić pochodzenie koronawirusa. Na chwilę obecną jednak WHO stoi na stanowisku, że wirus pochodzi z natury.

6. Kiedy sytuacja stała się groźna?

Można przyjąć, że wtedy, gdy naukowcy zdali sobie sprawę z tego, że koronawirus może zakażać ludzi bezobjawowo. To znaczy, że osoba zakażona koronawirusem, ale nie mająca objawów infekcji, może zakazić inną osobę. Na początku zakładano, że tak nie jest. Prawdopodobnie wnioski oparto na danych z wcześniejszej epidemii SARS-1 w latach 2002-03. Wtedy koronawirusem zakażali się ludzie od innych zakażonych, ale posiadających objawy, np. kaszel. Jednak brytyjscy epidemiolodzy, bardzo aktywni od początku pandemii, nie byli przekonani do tej teorii. Uważali, że nowy koronawirus może zakażać bezobjawowo. Potwierdzone później odkrycie zmieniło sytuację. 

Paradoksalnie nie sprzyjało nam również to, że wirus nie okazał się bardzo śmiertelny. Owszem, gdyby tak było, uśmiercałby więcej osób, które zakaził. Jednak z punktu widzenia epidemiologicznego w takiej sytuacji szybciej sam by się ograniczył w działaniu. Ostateczna liczba ofiar byłaby znacznie mniejsza. 

23 stycznia, dzień po ogłoszeniu, że w Chinach jest już 17 ofiar śmiertelnych koronawirusa, tamtejsze władze poinformowały o zamknięciu chińskiego miasta Wuhan – podróż z i do miasta została zabroniona, ograniczono też przemieszczanie się w granicach miasta. Niestety, wirus już rozpełzł się po świecie.

7. Czy Polska była przygotowana na nowy zarazek?

Od momentu, kiedy wirus dostał się do Europy, nasze władze przekonywały, że Polska jest przygotowana na taką ewentualność i ma odpowiednie procedury, aby izolować i otoczyć opieką szpitalną chorych. W Polsce pierwszy przypadek wykryto 4 marca 2020 r. – w Zielonej Górze. Szybko pojawiły się pierwsze obostrzenia: odwołanie imprez masowych zaplanowanych w przestrzeni otwartej (poniżej 1000 uczestników) i dla wydarzeń odbywających się w przestrzeni zamkniętej (poniżej 500 osób).

Szkoły zamknięto już 25 marca, co zostało potem przedłużone do 10 kwietnia – zajęcia odbywały się zdalnie, podobnie uniwersytety przeszły na nauczanie zdalne, aktywność instytucji kulturalnych, tj. filharmonii, oper i teatrów, muzeów, kin, została zawieszona od 12 marca.

Na początku rzeczywiście zareagowaliśmy tak samo, jak inne kraje europejskie. Pojawiały się kolejne restrykcje. Społeczeństwo i rząd bali się nowego patogenu. Było to jak najbardziej uzasadnione, ponieważ walka z nim polegała jedynie na izolacji. To dlatego 16 kwietnia 2020 r. rząd wprowadził obowiązkowy nakaz zakrywania nosa i ust w miejscach publicznych.

8. Ludzie w strachu się zaszczepią.

Zawiodło coś innego – przekonanie, że ludzie się zaszczepią. Restrykcje stopniowo znoszono – w czerwcu 2020 r. zniknęła większość z nich. Problemy pojawiły się na dalszych etapach pandemii. Rządzący nie przestrzegali ustalonych przez siebie zasad, prezydent Duda niefrasobliwie wypowiadał się na temat szczepionek, a kiedy te się pojawiły, kompletnie zawiodła polityka państwa związana z zachęcaniem do szczepień (i wprowadzeniem ewentualnych obostrzeń dla niezaszczepionych). W tej chwili wleczemy się w ogonie pod kątem wyszczepienia populacji przeciwko COVID-19 – szczepionkę przyjęło niewiele ponad 50 proc. społeczeństwa. Wirus przestał być dla nas straszny, a walka z nim nie jest priorytetem władzy, co widać po trwającej obecnie czwartej fali zakażeń i rosnącej liczbie zmarłych.

9. Nie ma szans na szczepionkę wcześniej niż za dwa-trzy lata.

Rzeczywiście, na początku trwania pandemii zakładano, że miną co najmniej dwa-trzy lata, zanim jakikolwiek preparat ujrzy światło dzienne. Nie spodziewano się również, by był bardzo skuteczny. Jednak wbrew tym przewidywaniom naukowcy ruszyli do pracy. Jako najbardziej obiecująca i zaawansowana w badaniach wydawała się szczepionka koncernu AstraZeneca, przygotowywana we współpracy z naukowcami z uniwersytetu w Oksfordzie. Ubiegła ich jednak firma Pfizer/BioNtech, która wprowadziła na rynek pierwszą, innowacyjną szczepionkę RNA. 

Pierwsze dawki szczepionki AstraZeneca dotarły do Polski w niecały rok od stwierdzenia pierwszego zakażenia w naszym kraju. Preparatem Pfizera Polacy zaczęli szczepić się jeszcze wcześniej (tak jak reszta obywateli UE), na sam koniec grudnia 2020 r. Potem dołączyły do nich szczepionki Moderny i jednodawkowy preparat Johnson&Johnson. Początkowo dostęp do szczepionek był bardzo ograniczony (zarezerwowano je dla najstarszych seniorów oraz służby zdrowia). Obecnie szczepionki można już otrzymać od ręki, można również zaszczepić się w wybranych aptekach.

Kłopoty AstraZeneki pojawiły się, gdy wdała się ona w spór z Unią Europejską o to, ile dawek szczepionki obiecała dostarczyć państwom UE. Potem jednak wybuchł nowy skandal – niemieccy badacze dowodzili, że szczepionka ta może dawać powikłania zakrzepowe. 

Ostatecznie ustalono, że są one bardzo rzadkie, jednak zamieszanie wokół preparatu zaszkodziło programowi szczepień. 

10. Chorują tylko starsi i z wieloma innymi schorzeniami. 

Od początku było jasne, że osoby starsze gorzej znoszą zakażenie koronawirusem. Uczeni szybko ustalili, że najbardziej zagrożone są osoby w podeszłym wieku i schorowane. Potem grupę ryzyka przesunięto na osoby w wieku 60 plus. W mediach zaczęło się powtarzane wielokrotne stwierdzenie „pacjenci z chorobami współistniejącymi”.

Większe ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19 prognozowano u osób cierpiących na choroby serca, cukrzycę, choroby nerek, z otyłością, z chorobami płuc, wątroby i innymi chorobami przewlekłymi. Z czasem do tego grona dołączono osoby z zaburzeniami depresyjnymi.

Nie oznaczało to jednak, że nie chorują również osoby młode. Chorują, czasem bardzo ciężko, a nawet śmiertelnie. Początkowe przekonanie, że koronawirus omija dzieci, też szybko upadło. Okazało się, że dzieci mogą cierpieć na bardzo groźną chorobę, która na początku tajemnicza, otrzymała w końcu swoją nazwę. To PIMS, czyli groźne powikłanie COVID-19. Choroba jest wieloukładowym zespołem zapalnym, na który najczęściej zapadają mali pacjenci w wieku 8-9 lat. Jej przebieg bywa dramatyczny – u dzieci występują silne i gwałtowne zaburzenia krążenia zagrażające życiu.

Dzieci okazały się doskonałymi nosicielami koronawirusa. Same w większości przechodzą infekcję bezobjawowo, ale mogą zakażać swoich bliskich. 

11. Wirus tak szybko nie zmutuje.

Wydawało się, że koronawirus wprawdzie groźny, ale jest już nieco oswojony, gdy nagle pojawiła się jego pierwsza poważniejsza mutacja – słynny wariant brytyjski. Spodziewano się, że SARS-CoV-2 wcześniej czy później zmutuje, ale chyba mało kto zakładał, że ta mutacja będzie tak tragiczna w skutkach

8 grudnia 2020 r. podczas regularnego wtorkowego spotkania na temat rozprzestrzeniania się pandemicznego koronawirusa w Wielkiej Brytanii naukowcy i eksperci ds. zdrowia publicznego dostrzegli diagram, który sprawił, że wyprostowali się na krzesłach.

Hrabstwo Kent w południowo-wschodniej Anglii doświadczyło gwałtownego wzrostu liczby przypadków zakażeń. Wyglądało to bardzo niepokojąco. Połowa nowych infekcji była spowodowana przez jeden konkretny wariant SARS-CoV-2. Po kilku tygodniach wariant brytyjski koronawirusa szalał już nie tylko na Wyspach, ale też w Europie.

Niestety, okazał się on przede wszystkim bardziej zakaźny niż jego „podstawowa” wersja. Koronawirus dostosowywał się do tego, co zgotowali mu ludzie i niedługo potem pojawiły się kolejne mutacje – po alfie (tak nazwano potem wariant brytyjski), pojawiły się beta, gamma i znów słynna już delta. 

Uczeni zaczęli obawiać się, że tym nowym wariantom uda się uciec od obecnych na rynku szczepionek. Na szczęście według badań szczepionki RNA (Pfizer i Moderna) mają tylko nieco niższą skuteczność wobec delty, gorzej ze szczepionką AstraZeneki.

Kolejne warianty pojawią się na pewno, stąd szukanie nowych szczepionek (lub ich aktualizacja), propozycje trzeciej dawki czy opracowywanie leków są wciąż intensywnie badane.

12. Nie będzie żadnej drugiej fali.

A jednak była. Druga, trzecia, a teraz mierzymy się z czwartą. Specjaliści przekonywali, że wirus nie zginie latem. Już w październiku 2020 r. (zgodnie z przewidywaniami) cała Polska została ogłoszona czerwoną strefą. Trwał szczyt fali drugiej, a w zasadzie wciąż pierwszej, jak przekonywali epidemiolodzy. To był wciąż ten sam wirus, tylko zakaził już najłatwiejsze ofiary i latem, na wolnym powietrzu, nieco przycichł. 

Spełniał się drugi, gorszy wariant rozwoju pandemii. Koronawirus nie stał się (jak niektórzy zakładali) piątym znanym koronawirusem krążącym w społeczeństwie. Niezbyt groźnym, choć przyczyniającym się do większej liczby chorób i zgonów z powodu infekcji dróg oddechowych. Zamiast tego zmutował, zwiększając swoje szanse na zakażenie coraz większej grupy ludzi.

9 listopada 2020 r. polska szkoła wróciła do nauki zdalnej, a 25 listopada odnotowano rekordową dzienną liczbę zgonów w Polsce (674 osób). Zaś 2 grudnia liczba zakażonych w Polsce przekroczyła 1 mln (oficjalnych zakażonych). Nie ze wszystkich lekcji, jakie dał nam COVID-19, wyciągnęliśmy wnioski. 

13. Krew ozdrowieńców jest lekiem na całe zło.

To była bardzo kusząca opcja – podawanie osocza od osób, które przebyły chorobę i wyzdrowiały, próbowano przy epidemii wirusów SARS i Ebola. Z różnym skutkiem. Teraz jednak ma się udać – twierdzili amerykańscy uczeni.

Badania innych także na to wskazywały. Krew ozdrowieńców miała pomagać ludziom najciężej chorym. 

Czy osocze okazało się cudownym lekiem? I tak, i nie.

Na chłopski rozum osocze powinno pomóc pacjentom, bo zawiera przeciwciała ozdrowieńców zdolne do zwalczania koronawirusa. W sytuacji, gdy kolejne pomysły, jak leczyć COVID-19 paliły na panewce, a leki okazywały się nieskuteczne, osocze było kuszącą opcją. Naukowcy opierają się jednak na dowodach, więc ruszyli do laboratoriów, by potwierdzić lub obalić potencjalną siłę osocza w walce z koronawirusem.

Okazało się, że osocze może działać, ale pod pewnym warunkiem. Jest nim m.in. stopień zaawansowania choroby. Osocze ma za zadanie zwalczać wirusa. Podawanie go może mieć zatem sens wtedy, gdy w organizmie pacjenta wciąż mnoży się zarazek, czyli gdy objawy COVID-19 dopiero się pojawią. 

Jeżeli pacjent jest ciężko chory, podawanie osocza rzeczywiście traci sens, bo objawy jego choroby nie są już wynikiem mnożenia się w jego ciele wirusa (najczęściej już go tam wcale nie ma!), ale są skutkiem rozkręconego stanu zapalnego.

14. Najgorsza jest sama choroba. 

W pierwszych tygodniach trwania pandemii sądzono, że choroba sama w sobie jest najgorszym, co może się zdarzyć. Jeżeli ktoś z niej wyjdzie, to jest na prostej do zdrowia. Byliśmy jednak w błędzie. Przybywało osób, które już przechorowały COVID-19, a wciąż trudno im było wrócić do normalnej aktywności. Tak pojawił się termin „długi COVID”. W miarę upływu czasu lekarze dopisywali kolejne powikłania po infekcji, co gorsza, pacjent wcale nie musiał chorować ciężko, by się ich nabawić.

Badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wykazało, że u jednej na 10 osób, które przeżyły zakażenie koronawirusem, rozwinie się długi COVID. Badacze z University of Washington uważają, że liczba ta może być nawet trzy razy większa. W tej chwili wymienia się już ponad 200 różnych objawów. Do tych najpowszechniejszych należą: tzw. mgła mózgowa (jeden na pięciu „długodystansowców” doświadcza jej nawet przez sześć miesięcy po przechorowaniu COVID-19), chroniczne zmęczenie (nawet pół roku po chorobie), problemy z sercem (kołatanie i nieregularne bicie serca), zaburzenia lękowe, zespół stresu pourazowego, zaburzenia jelitowe (utrata apetytu, nudności, refluks żołądkowy i biegunka), wypadanie włosów, zwieszone ryzyko rozwoju cukrzycy, choroby nerek, szumy uszne, bóle stawów…

Wciąż nie jest jasne, dlaczego nie wszyscy chorzy dochodzą do siebie po zakażeniu, dlatego lekarze podkreślają, że najlepiej nie zakazić się w ogóle. 

15. COVID-19 przebiega tak samo u wszystkich.

To także nie jest prawdą. Ludzie chorują różnie, mają różne objawy o odmiennym nasileniu. I nie zawsze jest to związane z wiekiem (choć często). Poza tym okazuje się, że COVID-19 prowadzący do zgonu może być tak naprawdę dwiema bardzo różnymi jednostkami chorobowymi.

Naukowcy określili je jako „szybką” i „wolną” formę COVID-19, ponieważ pierwsza powoduje śmierć dość wcześnie po rozpoczęciu hospitalizacji, druga o wiele później.

Naukowcy sądzą, że na wstępnych etapach rozwoju choroby odbywa się w pewnym sensie próba sił między SARS-CoV-2 i wydzielanymi przez organizm dla własnej obrony interferonami – cytokinami o działaniu antywirusowym. Sugerują, że wirus SARS-CoV-2 może skutecznie unikać zabójczego efektu interferonów – np. gdy zbyt dużo wirusów wtargnie do organizmu już na samym początku infekcji. Wówczas wirus namnaża się ponad miarę, cały czas stymulując zarówno wydzielanie interferonów, jak i zwiększoną aktywność genów stymulowanych interferonem.

Jeden z takich genów koduje białko ACE2, czyli receptor koronawirusa, umożliwiający jego wnikanie do komórek. Innymi słowy, im więcej wirusów w organizmie, tym więcej interferonów i tym więcej ACE2 na powierzchni komórek, a tym samym coraz łatwiej wirusowi atakować nowe komórki organizmu.

Pacjentów, u których dojdzie do szczególnie wysokiego spiętrzenia tych zjawisk, dosięga „szybka” śmierć bez wystąpienia rozległych zmian patologicznych w płucach. 

Natomiast u pacjentów, którzy przetrwają ten etap choroby (dzieje się tak prawdopodobnie, gdy mniejsza ilość wirusów wtargnie do organizmu podczas zakażenia), w drugiej fazie choroby może już nastąpić nadmierne nagromadzenie się komórek układu odpornościowego w płucach. To zaś skutkuje zniszczeniem pęcherzyków płucnych i minizakrzepami niszczącymi strukturę płuc. Zgon następuje wtedy po dłuższej chorobie.

16. Co z tymi lekami?

Skoro szczepionki przeciwko COVID-19 powstały tak szybko, to może naukowcy stworzą wreszcie skuteczne leki? Od samego początku chorych próbowano leczyć różnymi dostępnymi lekami przeciwwirusowymi. W tym lekami na HIV, okazało się jednak, że nie działają one na koronawirusa.

Kombinacja lopinawiru z rytonawirem okazała się nieskuteczna. Coraz większe nadzieje pokładano natomiast w remdesiwirze i hydroksychlorochinie. Pojawiało się wiele cudownych środków, które okazały się fiaskiem lub tylko lekami wspomagającymi, jak tocilizumab, amantadyna, kolchicyna, rybawiryna, favipiravir czy wspomniany remdesiwir.

Remdesiwir długo był jedynym lekiem zarejestrowanym oficjalnie do leczenia COVID-19. Dołączył do niego deksametazon, znany od wielu lat syntetyczny steryd o działaniu przeciwzapalnym, który pomaga  najciężej chorym. 

Natomiast hydroksychlorochina okazała się wielkim rozczarowaniem. Leczono nią Donalda Trumpa, gdy chorował na COVID-19. Była dopuszczona do leczenia wspomagającego także w Polsce. Nie leczy jednak z zakażenia koronawirusem, ale dopiero w lipcu tego roku uczonym udało się ustalić, dlaczego (mimo obiecujących tekstów laboratoryjnych).

Wydaje się, że wysiłki naukowców w końcu się opłacą. Na rynku już w tej chwili jest jeden zarejestrowany lek przeciwko COVID-19. Dwa tygodnie temu świat obiegła informacja, że Molnupiravir firmy Merck & Co jest pierwszą zatwierdzoną tabletką na COVID-19 (zatwierdziła go Wielka Brytania).

Molnupiravir jest przeznaczony dla osób, które miały pozytywny wynik testu na COVID i mają co najmniej jeden czynnik ryzyka rozwoju poważnych chorób, takich jak otyłość, wiek powyżej 60 lat, cukrzyca lub choroba serca. Tabletka ma być podawana dwa razy dziennie. 

Lek należy przyjąć tak szybko, jak to możliwe, po pozytywnym teście, w ciągu pierwszych pięciu dni po uzyskanym wyniku.

W tej chwili także firma Pfizer ma już swój lek na COVID-19. Zawiera on inhibitory proteazy, które blokują aktywność głównego enzymu, który koronawirus wykorzystuje w procesie replikacji, czyli namnażania się.

Lek znany pod nazwą Paxlovid jest doustny. Ma postać tabletki, którą trzeba zażywać w pierwszych dniach od potwierdzenia zakażenia Sars-Cov-2. Nie jest jeszcze zarejestrowany i nie ma go na na razie na rynku.